Tag: obliczanie wynagrodzenia

Ile za godzinę, czyli jaka jest optymalna stawka godzinowa?

Ile dostanę za godzinę? Jakie są widełki? Ile będzie wynosiła moja stawka godzinowa? To zestaw popularnych pytań zadawanych przez kandydatów do pracy, szczególnie popularny w branży IT. W zasadzie oferty bez podania zakresu widełek często są odrzucane na starcie.
Skąd się bierze taki wyścig? jakie są jego zalety i wady? Odpowiedzi na te pytania z dodatkiem mojej subiektywnej opinii znajdziesz w tym artykule.

Dlaczego o tym napisałem?

Do podjęcia tego tematu zachęciło mnie kilka rzeczy:

  1. Po pierwsze, mało się o tym mówi. Rynek IT zaakceptował, że tak musi być i już. Cała energia skupiona jest na przelicytowywaniu się coraz to wyższymi stawkami godzinowymi a nie na usprawnianiu systemu jako takiego. To dość podobne do naszego podejścia do demokracji. Wszyscy jako naród jesteśmy za (często błędnie myląc demokrację z wolnością) i jednocześnie narzekamy na to, że nasz sąsiad z jego liczną, patologiczną i bezrobotną rodzina w większym stopniu decyduje o naszej przyszłości niż my, którzy pracujemy i płacimy podatki. Cytując popularną obecnie reklamę – to nonsens.
  2. Po drugie obserwacja kierunku, w którym ta sytuacja zmierza budzi we mnie niepokój. Od strony ekonomicznej, taki balon musi kiedyś pęknąć. Z punktu widzenia społecznego – budowanie wśród młodych ludzi poczucia, że nawet niewielkie doświadczenie zawodowe wystarczy aby czuć się stroną dyktującą warunki na rynku pracy może być szkodliwe w sytuacji, gdy w trudnych czasach będzie potrzebne więcej pokory i umiaru.
  3. Kiedy przeglądałem rynek pod kątem ofert dla kierowników projektów zauważyłem ze zdziwieniem, że w zasadzie brak jest ogłoszeń o pracę (współpracę) w niepełnym wymiarze czasu, czyli zorientowanych bardziej zadaniowo niż „pańszczyźnianie” (niektórzy nazywają to płaceniem za „d..o — godziny”). Czy jakiś projekt został dowiedziony przez to, że kierownik projektu po prostu był obecny 40 godzin w tygodniu? Ja nie znam takiego przypadku.

To ile za godzinę?

Każda praca musi dawać wartość – to jest podstawowa zasada w kapitalizmie. Oczywiście ta wartość może być widoczna od razu (np. gdy jesteś sprzedawcą), lub po jakimś czasie gdy przykładowo tworzysz oprogramowanie, które będzie sprzedane dopiero w przyszłym roku. Praca może też wpływać wprost na efekt finansowy (np. negocjujesz kontrakty) jak i zmieniać go pośrednio, kiedy to na przykład tester wykrywa serię krytycznych błędów, przez co eliminuje koszty potencjalnej awarii systemu i związanych z nią konsekwencji.

Nie ma to aż takiego znaczenia skąd bierze się ta wartość, ważne aby po prostu była. Porównaj to do sytuacji, gdy prowadzisz punkt usługowy. Powiedzmy, że świadczysz konsultacje prawne i ze względu na dużą liczbę zleceń zatrudniasz nowego pracownika. Ile wynosi maksymalna stawka godzinowa? To bardzo proste:

  1. Policz, ile średnio przychodu jest w stanie wygenerować ten pracownik dziennie.
  2. Pomnóż to przez ilość dni pracy, odejmując wymiar urlopu i statystyczne nieobecności ze względu na chorobę.
  3. Tak wyznaczona kwota jest górnym limitem tego, ile ten pracownik może zarobić w miesiącu (oczywiście brutto, uwzględniając wszelkie koszty). Po jej przekroczeniu zaczynasz do każdej godziny dokładać z własnej kieszeni.

Czasami przepłacanie za pracownika może być korzystne z innych powodów, gdy np. nie chcesz stracić stałych, ważnych klientów lub zatrudniasz pracownika, którego obecność generuje dodatkowe korzyści w postaci nowych kontraktów czy podnoszenia kompetencji w zespole.

Ogólnie jednak podpisuję się obiema rękami pod tym co powiedział Jim Rohn:

Nie płacą ci za godzinę. Płacą za wartość, jaką dodajesz do tej godziny

W IT sytuacja bywa zwykle odwrotna — najpierw kupujemy godziny a potem zastanawiamy się jaka może być z nich wartość.

To jak to jest z tą stawką godzinową?

Spójrz na to w ten sposób – oczywistym jest, że godzina pracy nie daje wartości sama w sobie. Wartością jest efekt na końcu tej godziny. Być może myślisz, że w fabrykach łatwo jest wyliczyć stawkę godzinową, bo wiadomo, że w czasie X pracownik jest w stanie zmontować Y urządzeń.
W IT słyszymy często uzasadnienie, że to jest praca twórcza, którą bardzo ciężko pomierzyć i jeszcze trudniej oszacować.

Godzina pracy artysty to…?

Skoro mówimy o sztuce, to cofnijmy się daleko wstecz, na przykład do epoki renesansu. Czy myślisz, że wielcy artyści z tamtego okresu pracowali za stawkę godzinową czy zorientowaną na efekt końcowy? Już widzę tę rozmowę:

– „Pan Michał Anioł?
– „Tak to ja, słucham?”
– „Dzwonię z Watykanu, mamy takie większe zlecenie, chodzi o namalowanie czegoś ponadczasowego….”
– „Jasne, z moim doświadczeniem w branży da się zrobić. Ile płacicie za godzinę?”

Po czym w połowie projektu okazuje się jednak to był falstart i artysta czuje, że musi namalować to wszystko od nowa, lepiej, może innym pędzlem….no a licznik godzin tyka…

Jaki jest cel?

Zastanów się teraz proszę nad tym – co jest celem osoby, która ma stawkę godzinową? Pytam całkowicie poważnie. Jeżeli ktoś otrzymuje wynagrodzenie wyłącznie za godzinę pracy, to gdy chce zarobić więcej, wtedy jego celem staje się wypracowanie jak największej liczby godzin. To dość oczywiste.
Nie ma znaczenia jaki będzie efekt dla projektu czy firmy, skoro to nie przekłada się w żadnym stopniu na wynagrodzenie. Jeżeli mogę tę samą pracę zrobić w godzinę lub osiem, to wybieram osiem – mniej lub bardziej świadomie. Tak — czasami te mechanizmy uruchamiają się bez większego udziału świadomości, pomimo tego, że staramy się pracować najefektywniej jak potrafimy.

Oczywiście znowu do gry wkraczają służby specjalne w formie menedżerów spędzających czas na pilnowaniu czy czas pracy został zaraportowany prawidłowo a czy może jednak nie doszło do nadużyć. Zamiast działać efektywnie zaczynamy grać w grę w stawkę godzinową, której utrzymanie też kosztuje (menedżer też ma płacone za godzinę). Ponownie – to nonsens!

Podać Ci przykład?

Myślę, że też masz takie przykłady, gdy stawka godzinowa działała negatywnie na efektywność pracownika. Czy brzmi dla Ciebie znajomo sytuacja typu:

  • „Zostało mi 15 minut do pełnym 8 godzin. Nie opłaca się nic zaczynać, posiedzę po prostu”
  • „Zgodnie z planem zaczynamy pracę od 8. Nawet jak jestem wcześniej, to siedzę i nic nie robię. Gdy wybije ósma, to pierwsze co to oczywiście kawa!”

Do tego dochodzą popularne home office i sytuacje gdy ktoś w czasie raportowanym na pracę wykonuje inne czynności, co w czasach social media czasami wychodzi na jaw. Aby temu zaradzić i jednocześnie utrzymać kulturę home office powstają coraz to sprytniejsze narzędzia monitorujące aktywność przed komputerem, które znowu ktoś nadzoruje tracąc na to czas….

Skąd się to bierze?

Myślę, że poza naleciałościami z czasów słusznie minionych, kiedy to liczyło się głównie to żeby odbić kartę na zakładzie a potem poszukać wygodnej kryjówki, to jest jeszcze kilka innych czynników:

  1. Niska efektywność. Jeżeli przez lata przyzwyczailiśmy się do tego, że kierownik projektu potrzebuje całego dnia żeby wysłać kilka maili i ustalić trzy rzeczy z zespołem, to obecnie wydaje się to już naturalne, że trzeba taką osobę mieć zawsze na full time.
  2. Brak konkretnego celu. Jeżeli cel jest słabo określony lub nie ma go wcale, to jedynym słusznym stanem jest trwanie i liczenie godzin. Drogi bez celu nie da się oszacować.
  3. Nieumiejętność mierzenia efektów. Skoro nie wiadomo czy jest dobrze czy nie, to ciężko wprowadzić inne kryteria niż upływający czas.

Może jakiś plus?

Na plus stawki godzinowej można na pewno zaliczyć prostotę rozliczeń. Jeżeli mamy wystarczająco duży budżet, taki że nie musimy rozliczać każdej złotówki, to stawka godzinowa jest wygodna. Ludzie wiedzą ile zarobią, nie stresują się tylko mniej lub bardziej efektywnie coś robią.
Strona rozliczająca nie ma żadnych obowiązków, poza wypłaceniem wynagrodzenia.
Proste, skuteczne, czy efektywne?

Analizując dalej, stawka godzinowa jest według mnie skutecznym rozwiązaniem, jeżeli pracujesz z zespołem, który:

  • Zna realną wartość swojej pracy i ma adekwatne oczekiwania finansowe.
  • Jest dojrzały mentalnie, odpowiedzialny i zaangażowany.

Wtedy tak naprawdę stawka godzinowa jest odzwierciedleniem uzyskanych efektów. O taki zespół jednak nie jest łatwo…

Co można zmienić?

Narzekać każdy potrafi, ale dużo trudniej jest wskazać rozwiązanie. Poniżej przedstawiam kilka moich propozycji, zaczynając od najbardziej oczywistych, kończąc na tej zupełnie nowatorskiej i raczej niestosowanej póki co.

Na akord?

Firmy produkcyjne, magazyny lub pokrewne branże stosują czasami mechanizmy uzależniające wynagrodzenie od faktycznie wykonanej pracy. Stawka godzinowa zamieniana jest na „stawkę za X”, gdzie X można łatwo przeliczyć na wartość dla firmy, czyli oszacować.
Czy taki model działa? Przeczytaj poniższy fragment z książki „Podstawy organizacji i zarządzania” (Alfred Czermiński, Marek Grzybowski, Krzysztof Ficoń, Gdynia 1999)

W Stoczni Gdańskiej w 1997 roku dzięki zmianie systemu wynagradzania z dniówkowego na zadaniowy po raz pierwszy od wielu lat zbudowano i przekazano armatorowi statek miesiąc przed ustalonym kontraktem terminem. Wzrosła też w stoczni dyscyplina pracy. Absencja, która przed upadkiem stoczni sięgała nawet 30 procent, w trakcie produkcji statku dla Norwega nie przekroczyła jednego procenta.

Niby oczywiste (drogi Watsonie) a jednak ciężko nam to zaakceptować i przełożyć do świata IT. Oczywiście nie chodzi mi o płacenie programistom od linijki kodu, ale o nieco bardziej zaawansowane podejście, czyli…

Sprzedawaj i kupuj wartość, nie czas

No właśnie. Jakby tak uprościć nieco sytuację. Jako klient, chcę kupić produkt. Jako pracodawca, chcę kupić wykonanie tego produktu lub jego części. Brzmi logicznie?
Mam więc do zlecenia konkretne zadanie, pomalowanie kopuły pod Kaplicą Sykstyńską czy przygotowanie dodatkowej funkcjonalności do mojej aplikacji, wszystko jedno.

Powiedz mi po prostu, ile chcesz za taką fuchę? Uwzględnij różne ryzyka, weź margines na błędy i podaj propozycję. Jak się dogadamy, to to będzie Twoje wynagrodzenie za dostarczenie rozwiązania. Niezależnie, czy zrobisz to w dzień czy miesiąc. Proste?

Żarty żartami, ale to nie jest fikcja. Pracowałem w taki sposób i dla mnie to było niezwykle wartościowe doświadczenie, które znacząco podnosiło moją efektywność z tego względu, że:

  • Przed podaniem wyceny prac przygotowywałem zgrubny plan działania, w związku z czym potem miałem już dużo łatwiej – zawsze miałem plan, według którego podążałem.
  • Wiedząc, że im szybciej wykonam zadanie tym więcej zyskam (czasu dla siebie lub możliwość podjęcia kolejnego zlecenia, czyli w efekcie pieniędzy) skupiałem się całkowicie na celu, czyli domknięciu implementacji. Przeglądanie internetów w ogóle nie wchodziło  w rachubę, bo nikt za to nie płacił.
  • Nie uzurpowałem sobie pracy innych. Wiedziałem, że jestem w pełni odpowiedzialny za siebie i swoje wyniki.

Oczami wyobraźni już widzę las rąk wskazujących na zespołowy charakter, samoorganizację, Scrum i turkus. No właśnie, co wtedy…?

Firma w firmie

Co gdyby tak przesunąć tę odpowiedzialność nieco wyżej, na poziom zespołów czy departamentów? Wyobraź sobie, że w organizacji powstają niezależne finansowo komórki, czy to podzielone bardziej funkcjonalnie czy formalnie, to już drugorzędna sprawa. Mamy więc zespół A, odpowiedzialny za wdrożenie modułu Z, czy też zespól analityków obsługujący wszystkie projekty.

Zależności mogą być wprost finansowe bądź tylko zorganizowane na zasadach wirtualnych, w formie gry (grywalizacji) lub innych pośrednich pomysłów.

I teraz zespół przyjmuje zlecenia „z zewnątrz”, na wykonanie określonych zadań. Takie prace są wyceniane i zespół otrzymuje wynagrodzenie bądź punkty w grze zgodnie z umową, po dostarczeniu efektów.
Każdemu będzie więc w naturalny sposób zależało na dowożeniu w terminie i w wysokiej jakości aby potem nie wracać do starych tematów i nie poprawiać błędów w ramach gwarancji. Taki zespół będzie też chciał się rozwijać, aby realizować więcej zadań w tym samym czasie, czyli w efekcie więcej zarabiać.
Jednocześnie zleceniodawca będzie usatysfakcjonowany mając projekt i jego budżet pod większą kontrolą, przez co będzie mógł poświęcać czas na tematy dużo ważniejsze i bardziej kreatywne niż pilnowanie czy czasem ktoś nie przepracował godziny krócej niż zaraportował.

I co teraz?

Utopia, iluzja, totalna fikcja czy opcja? Co o tym sądzisz? Czy są to rozwiązania, które na etapie kolejnego kryzysu mogą zostać wdrożone? Czy wyłamiemy się kiedyś ze schematu rekrutacji na coraz to wyższe widełki i owocowe czwartki?

Zapraszam Cię do włączenia się do dyskusji, jeżeli temat jest dla Ciebie ważny.

Artur GułaArtur Guła, pasjonat tematyki zarządzania i przywództwa z życiową misją dzielenia się wiedzą i doświadczeniami z innymi menedżerami.
Doświadczony lider w projektach IT z różnych dziedzin.
Autor książki Fascynujący świat przywództwa.

Read More